Sen o młodości.

Sen o młodości

Śniło mi się dziś, że za ścianą zamieszkała młodość. Naprawdę. Nie jako hałas, nie jako bunt, nie jako coś, co trzeba uciszać. Przyszła cicho. W kapciach. W dresie. Z kluczami w dłoni, jak ktoś, kto nie chce niczego burzyć, tylko zaznaczyć obecność. Jakby od razu chciała powiedzieć: spokojnie, nie jestem gościem na chwilę, zostaję.

Miała twarz Kuby Szmajkowskiego, ale to mogła być każda inna twarz. Bo młodość nie jest rysami. Jest ruchem. Jest sposobem oddychania. Jest tym, że jeszcze nie wszystko zostało nazwane, zamknięte i odłożone na półkę z napisem „rozsądek”.

Spotykaliśmy się na klatce schodowej, mniej więcej w połowie drogi między piętrami. W miejscu, które znam aż za dobrze. Tam, gdzie człowiek jest już trochę zmęczony, ale jeszcze nie u siebie. Gdzie na chwilę staje się tylko kimś w drodze, bez deklaracji, bez masek, bez konieczności wiedzenia, dokąd dokładnie zmierza.

Zaprosiłem młodość na obiad. Sąsiedzki. Zwykły. Taki, który gotuje się wtedy, gdy nie trzeba nikogo udawać ani niczego udowadniać. Taki, w którym ważniejsze od przypraw są pauzy w rozmowie. Przyszła. I wtedy wydarzyło się coś zupełnie prostego, a przez to najważniejszego. Zaprzyjaźniliśmy się. Bez planu. Bez interesu. Bez sprawdzania wieku w dowodzie. Tak po prostu. Jakby czas na chwilę zapomniał, że powinien dzielić ludzi na etapy.

Po kilku spotkaniach Kuba poprosił mnie, żebym napisał mu tekst piosenki. Napisałem. Bez kalkulacji. Bez pytania, czy się spodoba, czy się sprzeda, czy algorytm to uniesie. Napisałem z miejsca, które pamięta młodość razem ze wszystkimi jej kosztami. Z radością, która bywała na kredyt. Z odwagą, która czasem kończyła się upadkiem. On to zaśpiewał. I wtedy wydarzyła się rzecz najpiękniejsza – moje słowa dostały nowe płuca. Nowy głos. I poleciały dalej, tam, gdzie sam już bym nie doszedł.

Był hit. Ten z listy przebojów, ale też ten drugi, ważniejszy. Taki, który nie zatrzymuje się w uchu, tylko trafia prosto w środek człowieka. Tam, gdzie nosimy swoje „kiedyś”, „może” i „jeszcze nie jest za późno”.

Obudziłem się z myślą, że to wcale nie był sen o muzyce. To był sen o czasie. O tym, że czterdziestka nie jest kropką, tylko przecinkiem. Że doświadczenie nie musi siedzieć na kanapie i narzekać na tempo świata. Może wyjść na spacer z kimś młodszym i posłuchać, jak dziś oddycha rzeczywistość. Że młodość nie jest zagrożeniem. Jest lustrem. Przypomina, kim się było, zanim nauczyło się ostrożności, zanim każde zdanie zaczęło się od „to zależy”.

Moja podświadomość chyba krzyczy do mnie szeptem, żebym otworzył młodości drzwi. Żebym dał się zaprosić do rozmów, w których nie wszystko jest ustalone z góry. Do ludzi, którzy jeszcze wierzą, że małe gesty potrafią coś zmienić. Nawet jeśli tylko na trzy minuty. Bo czasem, żeby znów poczuć sens, wcale nie trzeba cofać czasu. Wystarczy pozwolić mu zapukać. Nawet z drugiej strony ściany.

Myślę, że są dni, które nic nie obiecują, a dają zaskakująco dużo. Zostawiają w człowieku ciepło, jak po rozmowie, której nie chciało się kończyć. No cóż. Chyba naprawdę czas zaprosić Kubę na obiad. Razem z Emilio oczywiście. Bo życie lubi się dziać wtedy, gdy przy stole siada kilka pokoleń i na chwilę zapomina, kto powinien być mądrzejszy.



Jeśli te słowa zostały z Tobą choć na chwilę,
możesz postawić mi wirtualną kawę,
jako cichy znak, że było warto się tu zatrzymać.


Postaw mi kawę na buycoffee.to