Są takie historie, które bolą nawet po latach. „Ołowiane dzieci” dotykają jednej z nich. Wracają do sprawy zatruć ołowiem w rejonie dawnej Huty Metali Nieżelaznych „Szopienice” w Katowicach. Do czasu, gdy przemysł był powodem do dumy, a pył z kominów wydawał się ceną, którą trzeba zapłacić za rozwój. Do dzieci z przekroczonym poziomem ołowiu we krwi. Do bólu brzucha, bólów głowy, anemii, zaburzeń koncentracji, cichych uszkodzeń układu nerwowego, które nie zawsze widać od razu, ale które potrafią zmienić całe życie.
Serial pokazuje mechanizm. Ołów osiadał na podwórkach, wnikał w organizmy najmłodszych. Część dzieci trafiała do szpitali i sanatoriów. Rodzice zostawali z lękiem i bezradnością. W tle był system, który nie był gotowy przyznać, że przemysł może szkodzić nie tylko pracownikom, ale też ich dzieciom.
I tu dochodzimy do rzeczy fundamentalnej. W tej historii pierwszy krok zrobiły kobiety. Lekarki. Doktórki. Pani profesor. To one zaczęły łączyć fakty. To one badały poziomy ołowiu, analizowały wyniki, zadawały pytania, których wcześniej nikt nie zadawał. W świecie zdominowanym przez męskie gabinety dyrektorów i partyjne decyzje, to właśnie kobieca determinacja uruchomiła lawinę.
Serial wprowadza postać profesor Krystyny Berger. Postać fikcyjną. Trudno jednak nie dostrzec, że jej pierwowzorem jest profesor Bożena Hager-Małecka, kierująca kliniką pediatrii w Zabrzu. I tu zaczyna się przestrzeń do poważnej refleksji. W rzeczywistości to profesor Hager-Małecka jako pierwsza rozpoznała ołowicę u pacjenta doktor Jolanty Wadowskiej-Król. Wróciła z sympozjum w Szwajcarii, gdzie omawiano przypadek dziecka zatrutego ołowiem. Coś ją zaniepokoiło. Zleciła oznaczenie poziomu ołowiu. Gdy zobaczyła wyniki, natychmiast pojechała do przychodni. Poprosiła o wykonanie kolejnych badań. Chciała wiedzieć, czy to jednostkowy przypadek, czy początek większego problemu.
Dopiero potem pierwsze skrzypce zagrała Doktórka Wadowska-Król, badając na własną rękę tysiące dzieci. To była praca zespołowa. Obok nich była pielęgniarka Wiesława Wilczek. Była doktor Zofia Kajzerowa z Wojewódzkiego Ośrodka Matki i Dziecka, która organizowała miejsca w sanatoriach, gdy oddziały pediatryczne zaczęły pękać w szwach. Bez tej współpracy nie byłoby sukcesu.
W serialu ciężar diagnozy spoczywa niemal wyłącznie na Doktórce. Widzimy jej samotne olśnienie, jej błądzenie po szpitalach, jej dramatyczne odkrycie. To działa dramaturgicznie. Ale prawda była bardziej zespołowa. I może właśnie przez to jeszcze piękniejsza. Bo pokazuje solidarność kobiet, profesjonalizm, wzajemne wsparcie.
Podobnie jest z reakcją mieszkańców. W serialu Doktórka spotyka się z agresją. Rzucane kamienie, wyzwiska, nieufność. W rzeczywistości doktor Jolanta Wadowska-Król była dla ludzi z Szopienic „Ich Doktórką”. Pracowała tam od lat. Rodzice zgłaszali się z dziećmi na badania, ufali jej, stosowali się do zaleceń. Stali za nią murem. To ważne, bo zmienia obraz społeczności. Zamiast tłumu wrogo nastawionych ludzi mamy wspólnotę, która zaufała lekarce.
Wątki związane z SB, aresztowaniem, wywiezieniem na hałdę w worku na głowie, spalonym samochodem czy manifestacją z udziałem ZOMO są elementem fikcji. W dokumentach Instytutu Pamięci Narodowej nie ma śladów takich działań. Sama Doktórka obawiała się represji, to prawda. Ale do aresztowania nie doszło. W dużej mierze dzięki wsparciu profesor Hager-Małeckiej i jej kontaktowi z Jerzym Ziętkiem, ówczesnym wojewodą. Wadowska-Król zapłaciła inną cenę. Zablokowaną karierą naukową, odebraniem badań, zamkniętą drogą do doktoratu.
Zmianie uległ także czas akcji. W rzeczywistości badania rozpoczęły się we wrześniu 1974 roku. W serialu to czerwiec, w tle wizyta Breżniewa. Zabieg dramaturgiczny. Podkręcenie napięcia. Podobnie jak scena sugerująca, że władze wcześniej wiedziały o problemie i celowo rozpraszały dzieci po szpitalach. Z relacji Wadowskiej-Król wynikało jasno, że ołowica była traktowana jako choroba zawodowa. Nikt wcześniej nie łączył problemów zdrowotnych dzieci z sąsiedztwem huty.
Serial mocno wizualizuje chorobę. Plucie krwią, dramatyczne objawy. Tymczasem ołowica ma często przebieg mniej spektakularny, a przez to bardziej podstępny. Bóle brzucha, zaparcia, biegunki, niedokrwistość, uszkodzenia narządów, obniżenie IQ, zaburzenia intelektualne. Ciche, długofalowe konsekwencje.
Nieprawdziwe są też wątki dotyczące życia prywatnego Doktórki. Nie była w ciąży w czasie badań. Nie mieszkała przy samej hucie. Badała się pod kątem ołowicy, miała nieznacznie podwyższony poziom ołowiu, ale nie chorowała. Sanatoria i autokary organizowały Wadowska-Król, Hager-Małecka i Kajzerowa. Huta nie była organizatorem wyjazdów. Była przeciwnikiem.
I teraz najważniejsze. Nie do końca rozumiem burzę wokół tego serialu. Głosy, że coś się nie zgadza historycznie, że przekłamano fakty, że to nie tak było. Oczywiście, że nie wszystko było tak, jak pokazano. To nie jest dokument! To nie jest reportaż! To fabularna opowieść luźno inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Próba odpowiedzi na pytanie, jak ta historia mogła wyglądać od środka. Jak mogły wyglądać emocje, lęki, napięcia.
Czy można dyskutować o szczegółach? Oczywiście. Warto prostować fakty. Warto przypominać prawdziwe nazwiska i prawdziwe zasługi. Zwłaszcza gdy mówimy o kobietach, które naprawdę wykonały ogromną pracę. Ale nie zapominajmy, że sztuka rządzi się własnymi prawami. Ma prawo do skrótu, do symbolu, do kondensacji.
Dla mnie „Ołowiane dzieci” są przede wszystkim opowieścią o odpowiedzialności. O tym, że rozwój bez refleksji potrafi zostawić ślad w organizmach najmłodszych. O tym, że czasem potrzeba odwagi kilku kobiet, żeby system zaczął słuchać. O tym, że Śląsk to nie tylko przemysł, ale też ludzie, którzy potrafią stanąć w obronie swoich dzieci.
Z dawnej Huty Metali Nieżelaznych „Szopienice” zostało dziś niewiele. Dziś w tym miejscu działa firma Baterpol SA. Zajmuje się ona utylizacją akumulatorów ołowiowych. Historia zatoczyła koło. Dalej ołów. Dym już nie unosi się tak jak kiedyś, ale w powietrzu wciąż krąży coś, czego nie widać. Taka szopienicka tradycja.
I jeszcze jedno trzeba powiedzieć głośno. Od strony artystycznej to jest kawał znakomitej roboty. Zdjęcia są fenomenalne, pełne szarości, rdzawego światła, ciężkiego powietrza, które niemal czuć w gardle. Kamera potrafi zatrzymać się na twarzy dziecka tak długo, że człowiek przestaje oddychać spokojnie. Muzyka nie narzuca emocji, tylko je podprowadza. Cicho, konsekwentnie, z wyczuciem. Buduje napięcie tam, gdzie wystarczyłby jeden fałszywy akord, żeby wszystko zepsuć. A aktorstwo? Mistrzowskie! Bez teatralnych gestów, bez przerysowania. W spojrzeniach, w zawieszonej ciszy, a w drżeniu głosu jest więcej prawdy niż w najbardziej dramatycznej scenie. Na uwagę zasługują także role drugoplanowe, które nie są jedynie tłem, lecz pełnoprawnymi elementami konstrukcji tego dramatu. I nawet jeśli można dyskutować o faktach, to pod względem filmowego rzemiosła trudno nie przyznać, że to produkcja z najwyższej półki.
A jeśli serial wywołał dyskusję, jeśli ktoś sięgnie po książki, dokumenty, zacznie czytać o profesor Bożenie Hager-Małeckiej, o Jolancie Wadowskiej-Król, o Zofii Kajzerowej, to może właśnie o to chodziło. Żeby pamięć nie była tylko fabułą. Żeby była rozmową. I żeby z tej rozmowy wynikało coś więcej niż tylko spór o detale.
Jeśli te słowa zostały z Tobą choć na chwilę,
możesz postawić mi wirtualną kawę,
jako cichy znak, że było warto się tu zatrzymać.
