Zabraliśmy dzieciom prawo do nieporadności

Coraz częściej łapię się na jednej myśli. Że wychowaliśmy dzieci bardzo kochane, ale rzadko zostawione w spokoju. Takie, którym niemal cały czas ktoś był przy ramieniu. Z dobrą intencją. Z sercem na dłoni. Z lękiem schowanym głęboko, ale obecnym w każdej decyzji.

Widzę młodych ludzi, którzy nie są zbuntowani ani roszczeniowi. Są raczej ostrożni. Jakby czekali na pozwolenie. Na znak, że mogą spróbować. I kiedy nikt go nie daje, stoją w miejscu, nie wiedząc, czy wolno im ruszyć.

Czasem mam wrażenie, że zabraliśmy dzieciom prawo do nieporadności. Do robienia rzeczy wolniej. Krzywiej. Po swojemu. Za często poprawialiśmy, przyspieszaliśmy, wyręczaliśmy. Bo szybciej. Bo bez stresu. Bo po co się męczyć. Tylko że właśnie w tym męczeniu się rodzi coś ważnego.

Są dzieci, które nigdy nie miały okazji poczuć, że coś od nich zależy. Że ich decyzja ma znaczenie. Że mogą coś zawalić i świat się nie zawali razem z nimi. Ktoś zawsze był obok, gotowy przejąć ster. I to zostaje w środku na długo.

Zastanawia mnie, jak często dorosły robi coś za dziecko nie dlatego, że dziecko nie potrafi, ale dlatego, że dorosły nie wytrzymuje patrzenia. Nie wytrzymuje chaosu, błędu, frustracji. Bo to dotyka jego własnego lęku. Jego bezradności. Jego potrzeby kontroli.

A dzieci uczą się szybko. Uczą się, że lepiej poczekać. Że ktoś i tak zrobi. Że próbowanie nie ma sensu, skoro zaraz ktoś poprawi. I potem nagle okazuje się, że ten schemat wędruje z nimi w dorosłość.

Widzę dorosłych ludzi, którzy boją się prostych decyzji. Którzy rozpadają się przy pierwszym potknięciu. Którzy czują wstyd, że nie ogarniają życia tak, jak powinni. I rzadko kto łączy to z dzieciństwem pełnym troski.

A przecież to nie brak miłości robi największe spustoszenie. Czasem robi je miłość, która nie potrafi się cofnąć. Która chroni tak długo, aż nie zostawia miejsca na wzrost.

Coraz częściej myślę, że wychowanie to nie jest ciągłe ułatwianie. To raczej zgoda na to, że będzie trudno. Że dziecko się zdenerwuje. Że coś zrobi źle. Że będzie bałagan. I że to nie jest porażka wychowawcza. To jest proces.

Niepokoi mnie myśl, że wielu młodych ludzi wchodzi w dorosłość bez poczucia, że potrafią. Bez wewnętrznego „dam radę”. Bez doświadczenia, że nawet jeśli coś się rozsypie, można to poskładać. Tego nie da się nadrobić radą ani dobrym słowem.

Może czasem warto zrobić krok w tył. Ugryźć się w język. Pozwolić, żeby coś poszło nieidealnie. Żeby dziecko samo się zmierzyło, zamiast być natychmiast ratowane. Nawet jeśli to trudne. Zwłaszcza wtedy.

Ostatnio byłem u znajomej. Zwykła chwila, zwykły dzień. I zobaczyłem coś, co ukuło mnie mnie mocno, tam gdzieś w środku. Byłem świadkiem jak matka obcina paznokcie swojemu piętnastoletniemu synowi. Nic dramatycznego. Żadnej sceny. Tylko ten jeden obraz, który nagle spina wszystko w całość. Bo w tym geście nie było troski na dziś. Była krzywda na jutro. Taka cicha, niewidoczna, robiona z miłości. I wtedy dociera, jak łatwo, chcąc chronić dziecko przed światem, można odebrać mu szansę, by nauczyło się w nim żyć.

To tylko luźne spostrzeżenia, które zostaną we mnie długo. Bo świat nie jest delikatny. I prędzej czy później każdy musi stanąć na własnych nogach. Dobrze, jeśli wcześniej miał okazję nauczyć się na nich chodzić…



Jeśli te słowa zostały z Tobą choć na chwilę,
możesz postawić mi wirtualną kawę,
jako cichy znak, że było warto się tu zatrzymać.


Postaw mi kawę na buycoffee.to